poniedziałek, 23 listopada 2015

"Incydent w Dirleton" - Peter Kerr

źródło: lubimyczytac.pl

Wszystko zaczyna się w tytułowym Dirleton, gdzie w szpitalu zabita zostaje stara Bertie McGregor, a razem z nią - jej kotka, która... dziedziczyła wszystko po swej pani. Wezwany na miejsce Bob Burns dostaje fakty, ochrzan i szału na samą myśl o swoim szefie, który odwalił już całą robotę, a uznany za winnego ogrodnik został zatrzymany. Jednakże naszemu sierżantowi cała ta sprawa i szybkość, z jaką ma być ona zamknięta, nie podoba się ani odrobinę, a z pozoru nic nie znaczące poszlaki upewniają go, że coś tu nie gra... Podejmując śledztwo na własną rękę Bob Burns stąpa po lodzie swej policyjnej kariery i dociera do niezwykłych faktów aż na słoneczną Majorkę.

To chyba znak rozpoznawczy cyklu Bob Burns na tropie, że wraz z bohaterami zwiedzamy trochę świata. Nie ich wina, że złoczyńcy lubią cieplejsze klimaty, a powiem szczerze, że ta zmiana miejsca akcji bardzo mi się tu podoba. W sumie to bez różnicy, gdzie Kerr umieściłby swoich bohaterów, bo i tak wyszłaby mu z tego niezła historia, ale jeśli szalony pościg za mordercą to czemu by nie uliczkami malowniczego ciepłego miejsca. Brzmi to lepiej od szaro burego Londynu, prawda? Si, a dodatkowo mamy tu znów ciekawą sprawę kryminalną, trochę psychologii i oczywiście komizm sytuacyjno-słowno-postaciowy. Nie wiem do jakiej kategorii nadaje się Andy Green, bo jak dla mnie to praktycznie cały czas jest śmieszny. Taki trochę Johnny English, który swoją niezdarnością bawi, ale też, jak się okazuje, przydaje się w najmniej odpowiednich momentach.

Tak więc pierwsza część przygód Boba Burnsa podobała mi się tak samo mocno jak Incydent na Hebrydach (nie ma to jak zaczynać serie od środka, nie). Akcja i humor kojarzyć mi się będą mocno z Peterem Kerrem, który bardzo przypadł mi do gustu i żałuję, że z Bobem zobaczę się jeszcze tylko na Karaibach. Mam nadzieję na więcej powieści tego pana, a jeśli Wy jeszcze nie mieliście z nim do czynienia - to bardzo polecam nadrobić zaległości! Myślę, że i Was Kerr nie zawiedzie, a może nawet, tak jak mnie, oczaruje.

środa, 18 listopada 2015

"Chwila" Wisławy Szymborskiej

Co w zasadzie mogę napisać o tomiku wierszy tak wspaniałej poetki? Trochę słabo zabrzmią tu słowa jest fajny, ale kurczę, no, jest! Nie każdy poezję lubi i nie każdy sięga po nią w innej sytuacji niż na lekcji języka polskiego, ale właśnie Szymborska dokonała czegoś takiego, takiego małego cudu, że chce mi się czytać jej wiersze tak samo mocno, jak chce mi się kryminału czy fantastyki. Pierwszym moim zetknięciem z twórczością poetki był wiersz Kot w pustym mieszkaniu, którego uczyłam się do recytacji. Trochę go jeszcze nawet pamiętam, ale pamiętam też, że wtedy, w piątej klasie podstawówki, podobało mi się, że ktoś napisał wiersz z perspektywy kota. Sam wiersz też mi się podobał i podoba do dziś i zawsze jak na polskim była Szymborska to nie było we mnie wstrętu do "omawiania". Po Chwilę sięgnęłam spontanicznie w bibliotece, bo akurat była, a ja stwierdziłam: czemu nie. Kiedyś już miałam w ręku ten tomik i najbardziej pamiętam z niego wiersz W parku - bardzo wymowny. Jak chyba wszystkie wiersze Wisławy Szymborskiej... Proste, ale wymowne, takie dosadne, czarno na białym co i jak i kropka. Zawsze fascynowało mnie w poetach to, że w kilku słowach potrafią wyrazić więcej niż niejeden specjalista w kilkunastu tomach, a Szymborska to dla mnie prawdziwa Mistrzyni Słowa.

Rzadko sięgam po poezję, ale kiedy już się wczytam ciężko mi się od niej oderwać. Budzi się we mnie tyle samo emocji co przy czytaniu pełnej akcji książki. Chwila to rzeczowy i trafny tomik o tematach nie niezwykłych - i to jest właśnie niezwykłe, że Szymborska z i o każdej błahej rzeczy mogła stworzyć piękny wiersz. Małe piękne arcydzieło, które zachwyca. Wystarczy tylko po nie sięgnąć.

poniedziałek, 9 listopada 2015

"To tylko plotki" Jill Mansell

Jeśli nie jesteś tu po raz pierwszy, to może zdziwić Cię fakt, że piszę o obyczajówce typowo kobiecej. Sama byłam zdziwiona, że dobrze znająca mnie przyjaciółka zaproponowała mi tę książkę, ale szukając odmiany wzięłam ze sobą To tylko plotki i będę Wam ją dziś zachwalać.

Książkę czyta się szybko, lekko i przyjemnie. Momentami naprawdę się wciągnęłam, mimo że w obyczajówkach brak akcji mrożącej krew w żyłach, to jednak losy bohaterów tej książki naprawdę mnie zaciekawiły. A wszystko zaczęło się od powrotu Tully do domu. Konkretniej: do (prawie) pustego mieszkania, bez mebli jej chłopaka i... bez jej chłopaka. Nasza bohaterka jedzie po pociechę do przyjaciółki, a oprócz tego znajduje w gazecie intrygujące ogłoszenie o pracę...

Typowa powiastka, w której możemy się na chwilę od wszystkiego oderwać i zrelaksować. Niewymagająca dobra zabawa z dużą dawką humoru, wplecione w historię ludzkie dramaty, masa absurdalnych sytuacji i codzienność okraszona nutką tajemniczości w postaci przystojnego macho. Bo czym byłaby porządna powieść kobieca bez super pięknego mężczyzny, któremu żadna nie powie nie, a nasza bohaterka oczywiście uważa, że ona da radę? Powiastka określona jako komedia omyłek i faktycznie: jest komedia i są omyłki. Wszystko się więc zgadza, a ja muszę zgodzić się z Magdą, że warto było książkę przeczytać.

Polecam powieść Jill Mansell wszystkim, którzy mają ochotę oderwać się od codziennych trosk i po prostu dobrze bawić przy lekturze. Chętnie zobaczyłabym też film, ale tylko pod warunkiem, że odwzorują wszystkie gagi bohaterów! :-)