wtorek, 24 marca 2015

"Zerwane zaręczyny" Agaty Christie

Zawsze podobał mi się motyw miłości kobiety i mężczyzny którzy znają się od dziecka, razem bawią, przyjaźnią, kłócą, wybaczają, rozumieją się i w końcu postanawiają spędzić ze sobą resztę życia. Do tego mają bogatą ciotkę, która nie szczędzi im pieniędzy ze swej fortuny, cieszy się z ich szczęścia i wszystko zapowiada szczęśliwe, lekkie życie dzięki spadkowi po jej śmierci. Niestety, Laura Welman umiera za szybko... A zaraz po niej ginie kolejna osoba i wspaniałe plany dwojga ludzi na ich szczęśliwe życie pryskają niczym mydlana bańka. 


Muszę szczerze przyznać, że to powieść do której mam mieszane uczucia. Z jednej strony pomysł na historię jak zawsze na poziomie, Christie zadbała o szczegóły, postacie i wielowątkowość, która ostatecznie zbiega się w "jedną historię" i prowadzi do rozwiązania sprawy. Z drugiej... to chyba najbardziej przewidywalna sprawa z jaką do czynienia miał Poirot i nie podoba mi się, że nie wpadł na rozwiązanie od razu, bo w innych sytuacjach wykazywał się większą wyobraźnią. No na prawdę, zrobiła z niego ślepca po prostu, a potem nagle dostał olśnienia (znaczy no ten schemat jest często, ale tu bije po oczach). 

Jasne, że i tak polecam, bo to w końcu Agatka i jej belgijski geniusz, wielbiciel czekolady, ale jednak czuję niedosyt po tej lekturze, bo choć oglądałam serial to serio nie pamiętam już co się działo w tym odcinku więc to mi lektury nie zepsuło, a po prostu w książce łatwo można podnieść swe mniemanie o detektywistycznych zdolnościach... Banalna trochę, choć znów tu bardzo podobali mi się bohaterowie, zwłaszcza Elinor, taka bliska memu sercu. 

Na koniec cytat, który mogę wpisać na listę swych ulubionych: 
"Takie jest życie proszę pana - powiedział Herkules Poirot. - Nie lubi porządku zgodnego z pragnieniami i wolą człowieka. Nie pozwala unikać wzruszeń, kierować się intelektem i rozsądkiem. Nie może pan powiedzieć: "Chcę czuć tylko tyle a tyle, nie więcej". Wszystko można o życiu powiedzieć, prócz tego, że jest logiczne."

Nie wiem czy mój post jest logiczny, ale nie stać mnie dziś na więcej. Książka fajna, no, czytajcie Christie, pijcie herbatę, myjcie zęby i trzymajcie się ciepło! (Nie wiem co to miało być, trololo).

niedziela, 15 marca 2015

Brent Weeks - Trylogia Nocnego Anioła

Dzisiaj post o książkach fantasy, które na dzień dzisiejszy uznaję za najlepsze na świecie z tego gatunku (pomijam Tolkiena, według mnie on stworzył coś, czego nie można porównywać z niczym innym). Brent Weeks zaś stworzył coś, co nieodwracalnie podbiło moje serce i czytelniczy gust, stawiając tym samym innym współczesnym książkom naprawdę wysoką poprzeczkę. W tej trylogii jest naprawdę wszystko, czego można chcieć od dobrej książki. Wszystko, od pierwszej strony do ostatniej, wciąga tak mocno i zachwyca tak bardzo, że po skończeniu lektury ma się książkowego kaca i ciężko sięgnąć po coś innego, bo naprawdę chciałoby się pozostać w tym świecie, świecie pełnym intryg, siepaczy, magii i niekończącej się walki o władzę, o respekt, o przetrwanie... 

 [Dodatek Cień Doskonały  + Trylogia]

Wydaje się to brutalne i smutne (w rzeczy samej, takie jest), ale bohater taki jak Durzo Blint mógłby oczarować mnie nawet, gdyby akcja książki działa się na wysypisku śmieci. Naprawdę, nie ma drugiego takiego bohatera, który zrobiłby na mnie tak wielkie wrażenie (jeśli chodzi o fantasy!), który byłby po prostu fenomenalny, choć bywał sukinsynem to lubiłam go za to jeszcze bardziej. Twardy facet w okrutnym świecie, nie miał innego wyjścia jak przystosować się. I zrobił to cholernie dobrze.

Głównym bohaterem jednak (choć nie dla mnie) jest Merkuriusz, później: Kylar Stern. Chłopak z warstwy najbiedniejszej, najbardziej poniżanej i dotkniętej niesprawiedliwością świata i ludzi. Postanawia zostać siepaczem i wali z tym oczywiście prosto do mistrza fachu, opisanego wyżej Durzo. Mamy tu więc tradycyjny schemat: chłopak bez rodziców, biedny, nagła zmiana w jego życiu, uczy go super hero, odkrywa swoje moce i sam zostaje potem super. Nie, to nie spoiler, to tradycyjny przebieg akcji w wielu książkach niezależnie od gatunku jaki prezentują. Weeks nie okazał się tu geniuszem, ale... co z tego? Pokazał klasę w każdym innym elemencie trylogii, w każdym calu jest ona dla mnie świetna (no, może poza wątkami miłosnymi, ale tych zwyczajnie nie lubię). Akcja, opisy, dialogi, humor, nawet ta brutalność, dosadność i realizm są tu dopięte na małe guziczki. Ja naprawdę nie mogę dostrzec wad w tej trylogii, absolutne 10/10, byłam nią oczarowana i to uczucie nie zmieniło się ani trochę!

Trylogia składa się z następujących części: Droga Cieni, Na Krawędzi Cienia oraz Poza Cieniem. Każda z nich jest emocjonująca na swój sposób, po każdej chcemy jeszcze więcej, aż w końcu docieramy smutni do końca i tu... wychodzi nam na pociechę nowelka, wydana po trylogii, pt. Cień Doskonały, która opowiada historię niezwykłego człowieka, jakim jest niewątpliwie, Durzo Blint (notka nie lokuje bohatera, to tylko mój zachwyt). Zdecydowanie to najniżej oceniona przeze mnie część tej historii, z prostej przyczyny: za krótka! ^^ Choć jak na krótki też jest dobry, dobrze napisany, ciekawy no i... o Durzo <love>. 

buzz

Naprawdę każdemu polecam Trylogię Weeksa. Jeśli dodatkowo lubisz fantasy to nie mam nic więcej do powiedzenia - lektura obowiązkowa. Nie umiem sobie wyobrazić, żeby ktoś powiedział o tym: słabe. Owszem, może się tak nie podniecać tym jak ja i może go to w ogóle nie zachwycić, ale na pewno nie zmarnujecie przy tym czasu, słowo łasucha!

Jeśli chodzi o tego autora to stworzył on równie dobrą sagę (albo jest w trakcie, nie wiem jak tam wydania światowe, w Polsce mamy na razie trzy części), sagę Powiernika Światła. Jestem po dwóch pierwszym tomach, na trzeci patrzę tęsknym i łakomym okiem na półki w księgarniach, ale już mogę powiedzieć, że to też dobra dawka fantastyki, choć dla mnie... dla mnie nic nie przebije Nocnego Anioła, dobranoc, amen. ;-)

sobota, 7 marca 2015

"Asasyni i sojusznicy" Justina Sompera

Okay, wyobraźcie sobie, że macie czternaście lat: czeka na was zawsze ciepły obiad, beztrosko ganiacie po dworze, macie starszego brata, którego podziwiacie i młodszego, który gania po dworze razem z Wami. Życie spokojne, beztroskie i bez problemowe. Tak, tylko, że mieszkacie w zamku, pochodzicie z królewskiego rodu i jesteście mianowani endlingiem, czyli zastępcą obecnego władcy w razie W. I dwa lata później dochodzi do mordu waszego starszego brata, czyli władcy Archenfieldu, i wy zasiadacie na tronie. Wyobraźcie sobie jak musiał czuć się wtedy Jared, szesnastolatek postawiony w takiej sytuacji. Cóż, podpowiem tylko, że w pierwszym odruchu obrzyguje sobie buty - czyli można założyć, że nie był zbyt ucieszony tą nowiną, nie?
 

Dalej ma jeszcze ciężej, bo królestwo szybko obiega smutna nowina a razem z nią fala smutku, niepewności i strachu. Ponadto Jared musi stawić czoła nowym obowiązkom, wymaganiom swej władczej matki i całej Radzie Dwunastu, a ciężko mu sprostać tym oczekiwaniom po panowaniu jego cudownego brata, postrzeganego jako półboga, Andersa. Jakby tego było mało: śmierć poprzedniego władcy okazuje się być okrutnym morderstwem, a zabójcy wciąż czyhają na wolności...

Akcja rozgrywa się w tempie szybkim, ale nie przytłaczającym - książkę czyta się naprawdę przyjemnie, stopniowo poznajemy Archenfield, jego mieszkańców, zwyczaje i nowe fakty w sprawie zabójstwa księcia. Można powiedzieć, że wczuwamy się w akcję jak Jared w swoje nowe obowiązki. Szczerze się przyznam, że nawet nie zaczęłam podejrzewać kto był mordercą, bo mam już takie doświadczenie w powieściach kryminalnych, że dobrze wiem, że nigdy nie zgadnę kto jest sprawcą, więc sobie odpuściłam. ;-) Nie znaczy to jednak, że nie snułam swoich domysłów (potwierdził się tylko jeden) i że nie kibicowałam dwójce młodych detektywów, którym notabene kibicowałam też w innych sprawach, anyway!

Książka zdecydowanie dla odbiorcy nastoletniego, chociaż ludzie mają różne gusta, a napisana jest naprawdę zgrabnie, więc dorośli lubiący czytać też niech się skuszą, a co. Wciąga, ciekawi, nie igra z czytelnikiem, nie wodzi go za nos - Somper postawił na konkrety i to też jest duża zaleta tej historii, że nie jest rozwleczona do granic niemożliwości z opisem każdego napotkanego drzewa (pozdro, Sienkiewicz). Moim zdaniem lektura warta przeczytania, mimo iż to nie jest fantasy czy science-fiction jakiego się spodziewałam, ale jednak - dzięki Magda za pożyczkę. :)

czwartek, 5 marca 2015

"Zakochana modelka" Alyson Richman

Do kupienia tej książki zachęciła mnie przede wszystkim przepiękna okładka, która przyciągnęła mój wzrok wśród wszystkich innych książek w pudle (fragment obrazu van Gogha) oraz fakt, że van Gogha lubi moja przyjaciółka i chętnie by o nim poczytała, bo książka zawiera wątki biograficzne jego osoby. Początkowo miałam ją po prostu wsadzić w kopertę i wysłać, ale jak na mola przystało – skusiłam się, ot na kilka stron, tak tylko, żeby zerknąć okiem, poznać styl, zorientować się co to właściwie za książkę wysyłam – no po prostu, uległam, ot co.


Właściwie to książek biograficznych nie lubię – chyba, że dotyczą osoby, którą naprawdę uwielbiam, a akurat van Gogh nie jest ani moim ulubionym malarzem, ani postacią dla mnie ważną czy ciekawą… ale ta  okładka. W ogóle: kilka jego obrazów, które zapadają w pamięć i pchają człowieka do poznania choć ociupinkę z życia tego artysty przekonały mnie do czytania.

Historia opowiada jest z punktu widzenia Marguerite, córki… hm, niespełnionego-artysty-który-myśli-że-jest-świetnym-lekarzem, u którego Vincent ląduje na terapii, z przemęczenia, po atakach epilepsji, po ciężkim okresie w jego życiu. Pod okiem „doktora” Gacheta ma dojść do siebie, otrząsnąć się, malować i wrócić do pełni sił psychicznych i fizycznych. Już pierwszego dnia postać artysty wywiera duże wrażenie na, tak naprawdę, głównej bohaterce tej książce Marguerite. Vincent fascynuje ją swoją osobą, nie jako malarz, artysta, ale jako człowiek, mężczyzna. Z kolei brat i ojciec bohaterki zachwycają się gościem pacjentem z punktu widzenia ludzi, którzy próbują swych sił w malarstwie (z marnym zresztą skutkiem).  

Mniej więcej w połowie książki dociera do nas, że van Gogh jest tu bohaterem jedynie drugoplanowym – owszem, historia zawiera wątki biograficzne z ostatnich dni jego życia spędzonych w Auvers-sur-Oise, ale jego postać wydaje się jedynie tłem dla wydarzeń w sercu Marguerite, a jej podnieta głównym wyznacznikiem powieści. Tak naprawdę książka ta jest historią dziewczyny trzymanej pod kloszem, usługującej swemu ojcu i bratu, znoszącej tak wiele w tak krótkim czasie swego życia. Jakiś tam sławny malarz jest jedynie gościem w ich domu, pacjentem jej papy, który jednak z czasem sieje zamęt w jej głowie i sercu, pcha do nieposłuszeństwa i buntu, ostatecznie pozostawiając na pastwę rozpaczy…

 Zakochana modelka. Ostatnia muza van Gogha została napisana przez Alyson Richman po wystawie obrazów z prywatnej kolekcji doktora Gacheta. Zbierane przez autorkę informacje i wywiady z ludźmi znającymi rodzinę Gachet pozwoliły stworzyć jej swój własny widok na to, co działo się w ostatnich dniach życia słynnego malarza. Myślę, że wykonała dobrą robotę. Książkę czyta się łatwo i szybko, jest ciekawie napisana, bez zbędnych i dłużących się opisów - przeciwnie, miałam wrażenie, że autorka szybko szybko przedstawia najważniejsze fakty i pędzi dalej.

Podsumowując: dla mnie to smutna opowieść o artyście, któremu brakowało psychologa i dziewczynie, której brakowało odwagi by przeciwstawić się woli swego ojca. Oboje nie potrafi zapanować nad swoim życiem, jedno całkowicie poddało się i chcąc nie chcąc odnalazło w domowych pracach, drugie nieustannie poszukiwało siebie i swego miejsca w świecie. Zaczynając czytać tą historię jawiła mi się ona w barwach jasnych, ciepłych, była czymś innym i ciekawym, ale zakończenie absolutnie zepsuło mi lekturę. Może właśnie dlatego, że w życiu nie zawsze jest tak kolorowo jak na obrazach. Może właśnie po to są obrazy – żeby uchwycić te krótkie, radosne strony życia. 

niedziela, 1 marca 2015

SMOKI ZE ZWYCZAJNEJ FARMY - Williams & Beale

Zwyczajna Farma, a na okładce dziewczyna lecąca na smoku. Ten kontrast (i oczywiście s m o k!) zaintrygowały mnie. W pierwszym odruchu pomyślałam, że to opowiastka dla dzieci, w której smok jest pewnie w centrum uwagi, bo któż ich nie lubi, a wokół niego dzieje się jakaś wielce dramatyczna (w skali dziecięcych serc oczywiście) akcja. Cóż, lekko się zdziwiłam podczas czytania, bo już w pierwszym rozdziale tknęło mnie, że to bajeczka nie jest.


Smoki ze Zwyczajnej Farmy - autorstwa T. Williams & D. Bealle - to książka, która opowiada historię Lucindy i Tyler'a Jenkinsów, którzy niespodziewanie otrzymują zaproszenie od nieznanego wujka, aby spędzić swe wakacje na... farmie. Mało to zachęcające dla miastowych dzieciaków, ale od czego jest matka pragnąca wypocząć od swych pociech? Z szybkością światła pakuje i wysyła dzieci na wieś, gdzie czeka ich jednak coś więcej niż tylko wczesne pobudki i karmienie zwierzątek... Przepełnione ciekawością rodzeństwo co rusz łamie zasady panujące na farmie, aby odkryć jej (jak się z czasem okaże) mroczne tajemnice. Zachwyt i szok miejscem, w którym się znaleźli, zmienia się wkrótce w strach, a nasi bohaterowie są w niebezpieczeństwie. To jednak nie powstrzymuje ich od zadawania pytań, a kiedy nikt nie chce im ich udzielić - na poszukiwania odpowiedzi na własną rękę. 

I tak razem z Jenkinsami poznajemy coraz więcej tajemnic skrywanych skrzętnie przez mieszkańców Zwyczajnej Farmy. A jest co poznawać, bo nie brakuje tam rozmaitych gatunków fantastycznych stworzeń, nie tylko smoków, ale i bazyliszków, jednorożców, a nawet... satyra. Z czasem Tyler i Lucinda dowiadują się o pochodzeniu tych "zwierząt", ale to nie one zdają się przykuwać najbardziej ich uwagę. Właściwie przez całą książkę miałam wrażenie, że wszystkie te cudowne gatunki są jedynie marnym tłem dla bardziej zagmatwanych tajemnic.

Nie będę ukrywać, że skusiłam się na młodzieżówkę głównie ze względu na smoki i w tym temacie trochę się zawiodłam. Jednakże muszę przyznać, że podobała mi się ta historia - niezbyt wymagająca, ale ciekawa, wciągająca chyba tylko tym, co będzie dalej, co autorzy zrobią z taką ilością danych, jak to rozwiążą, jak skończą... Tego się jednak nie dowiedziałam, bo okazało się, że Smoki ze Zwyczajnej Farmy to pierwsza część z pięciu serii o tym zwariowanym miejscu. Także tak, wkręciłam się nieświadomie w kolejną serię, nie, nie żałuję lektury pierwszej bo właściwie najważniejsze wątki autorzy zamknęli, choć końcówka książki daje jasną zapowiedź dalszych przygód naszych milusińskich.

Ogólnie rzecz biorąc miło czasem wrócić do takich książek jak Smoki..., w końcu kto z nas mile nie wspomina bajek (dobra, przecież ja sama odkąd muszę je czytać na zajęcia, ale nieważne). Dla mnie była to miła lektura, przyjemna i ciekawa pomimo tego, że nie umiem sklecić nic konkretnego ;-) Nie wiem, po prostu trafiła do mnie ta historia, ma w sobie nutkę fantastyki, a więc jak najbardziej jestem za i chętnie skuszę się na dalsze części.