poniedziałek, 23 lutego 2015

"Koniec wszystkiego" Megan Abbott



Megan Abbott to pisarka całkowicie mi obca (no, już niestety nie), której książkę dostałam do ręki przypadkiem, gdy siostra wygrała ją w konkursie i stwierdziła "kryminał, to coś dla ciebie". Zaciekawił mnie opis, okładka, nowa autorka - wszystko. I tu, o ironio, nastąpił koniec wszystkiego, bo książka nie podobała mi się kompletnie. Dobra, na jej usprawiedliwienie powinnam dodać, że nie lubię literatury traktującej o tym, jakie brutalne może być życie, zwłaszcza, gdy "bohaterami" w tej książce są dzieci. To absolutnie nie moje klimaty. I choć Koniec wszystkiego przedstawia historię dwóch gimnazjalistek, to w moim odczuciu jeszcze dzieciaki, które śpią w namiotach, zaplatają sobie warkoczyki, podsłuchują starszą siostrę i pożyczają sobie ciuchy. Tak więc historia, którą zaproponowała mi Abbott nie była dla mnie przyjemną lekturą.

Książka opowiada historię przyjaciółek od zawsze - Lizzy i Evie, z czego pierwsza zakompleksiona dziewczyna jest narratorem w książce, a druga... pewnego dnia znika. Szuka jej całe miasto, stan, kraj, ale bezskutecznie. Rodzina pogrążona jest w rozpaczy, nic nie jest takie jak dawniej, nikt nie jest taki jak dawniej - tytułowy k o n i e c wszystkiego.

Nie chcę tu za wiele pisać o samej akcji, bo znając mnie trudno byłoby mi tu czegoś nie zdradzić, ale... na gorąco chciałabym napisać jedno: co to ma być?! W moim odczuciu ta książka jest po prostu historią o wszechobecnej patologii i to w dość dużym natężeniu, bo czego tam nie ma - chore związki rodzinne, agresja, pedofile, zboczeńcy - a w tym wszystkim nastoletnia Lizzy, która sprawuje się lepiej od policji, detektywów i FBI, a przy okazji pociesza strapionego ojca swej przyjaciółki, w związku z czym staje się podporą rodziny, prywatnym detektywem i psychologiem.

Nie przekonała mnie ta historia, poza tym, że ukazała mi po raz kolejny brutalność świata i to, do czego zdolni (i nie zdolni) są ludzie. Dla mnie to lektura na raz, a może nawet o raz za wiele. Naprawdę nie lubię takiej tematyki, nie przypadło mi tu do gustu nic, nawet dialogi były drętwe i wymuszone. Czytało mi się to trudno, bo jakże by inaczej skoro narratorem jest nastoletnia dziewczyna podniecająca się wszystkim dookoła.

Może komuś ta książka się (s)podoba, ja osobiście jej nie polecam, bo gdyby nie dwugodzinne wykłady nie przeczytałabym więcej, niż pięć stron, po których miałam dość.

piątek, 20 lutego 2015

"Emma" Jane Austen

Książkę poleciła mi koleżanka, a że Austen uwielbiam po przeczytaniu Dumy i Uprzedzenia, to skusiłam się, po kilku innych pozycjach, pełna ufności i ciekawości, co tym razem zgotowała autorka w Emmie. A zgotowała ona pięć set stron komedii omyłek, choć przyznam szczerze, że nie było mi do śmiechu na początku. Pierwsze dwieście stron były dla mnie męczarnią - irytowała mnie strasznie główna bohaterka, zewsząd pojawiała się co raz to nowa chmara postaci, a akcja wlokła się według mnie aż nazbyt, choć zapowiadała ciekawy dalszy ciąg historii, ale i tak początkowo miałam ochotę wyrzucić Emmę przez okno. 

Tak naprawdę wciągnęłam się powiedzmy w połowie książki, kiedy miałam już swoje podejrzenia jak rozwinie się dalszy ciąg przygód wesołej gromadki z Highbury i jak skończą poszczególne postaci. Doczytałam więc końcówkę z wielkim zapałem i odetchnęłam z ulgą, bo happy end i mistrzowskie wybrnięcie z wszystkich zawiłych pułapek, jakie Austen na swe postaci zastawiła, zrekompensowały mi początkową niechęć i sprawiły, że końcowa lektura była naprawdę znośna. 

https://igcdn-photos-e-a.akamaihd.net/hphotos-ak-xfa1/t51.2885-15/10963733_1537850526469652_1271190433_n.jpg 

Nic jednak nie zmienia mojego zdania o rozpieszczonej, pewnej siebie i aroganckiej Emmie, od której gorszy i bardziej irytujący był jej ojciec, choć w dalszej części powieści znalazła się jeszcze jedna dama, która przebiła już wady wszystkich innych bohaterów i bohaterek tej powieści. Typowa cecha w książkach Jane Austen - wszyscy bohaterowie są wyraziści, mają tak inne osobowości, zachowania i cechy, że t e  książki naprawdę się nie nudzą!

Mogłabym w końcu nakreślić też mniej więcej o co chodzi, ale w sumie... osobiście skusiła mnie właśnie ciekawość i nieświadomość, gdzie historia ta prowadzi, gdyż nawet na okładce Emmy nie znajdziemy żadnej konkretnej zapowiedzi tego, co nas czeka. I ja też pozostawię to w tajemnicy, albo inaczej: ponad to, co już napisałam, nie pisnę ani słówka. Ogólnie rzecz jednak ujmując Austen znów przedstawia nam kobiece rozterki, pozorne ocenianie innych ludzi i niegdysiejsze życie mniej i bardziej bogatych Anglików.

Jak na Austen przystało nie marnuje się czasu przy czytaniu, choć początkowo takie odnosiłam wrażenie. Dałam jednak tej książce szanse i mimo wszystko czuję, że było warto, choć nie zmienię zdania, że Duma i Uprzedzenie to (arcy)dzieło, które przyćmiewa wszystkie inne powieści tego typu. Ale Emmę polecam, naprawdę dobra książka.

środa, 11 lutego 2015

"Syn" Jo Nesbo - zemsta jest słodka?

Nadrabiania zaległości nie mogłam zacząć od nikogo innego. Nesbo zachwycił mnie od pierwszego czytania i po kilkunastu jego powieściach wcale nie mam go dość. Tym razem miałam przyjemność podziwiać jego mistrzostwo w, chyba najsmutniejszej moim zdaniem, historii Sonny'ego, którego życie diametralnie zmieniło się pewnego dnia, gdy po powrocie z zawodów znalazł swego ojca martwego w jego gabinecie. 


Przez te wszystkie lata syn martwego policjanta stoczył się na same dno, wpadł w narkotykowy nałóg i trafił za kratki. Siedząc w swej celi i wysłuchując spowiedzi innych więźniów przeżywał każdy kolejny dzień i rok przyjmując na siebie grzechy innych. Ale pewnego dnia czyjeś wyznanie całkowicie odmienia młodego człowieka. Syn chce sam wymierzyć sprawiedliwość tam, gdzie nie sięgają jej organy...


W tej książce jest wszystko. Akcja, motywy, wyraziste postaci, emocje, adrenalina, fabuła i historia, która wciąga. Naprawdę polecam, jak każdą inną książkę tego norweskiego mistrza pióra. Jest po prostu r e w e l a c y j n a.

niedziela, 8 lutego 2015

Niespodziewane atrakcje Herkulesa Poirot

Będąc jeszcze w klimacie świąt bożonarodzeniowych sięgnęłam po długo wyczekiwaną Zagadkę gwiazdkowego puddingu, w której przemycony na rodzinny zjazd detektyw ma stawić czoło delikatnej sprawie, odzyskując skradziony rubin, pod przykrywką odkochania młodej damy w jej przyjacielu, nie do końca akceptowanym przez rodzinę... W tym i innych opowiadaniach Poirot po raz kolejny rozwiązuje zagadki przy użyciu swych małych szarych komórek i jak zawsze udaje mu się przechytrzyć nawet najbardziej przemyślnych morderców. Przyznam szczerze, że tytułowe opowiadanie nie zrobiło na mnie takiego wrażenia jak np. Zagadka hiszpańskiej skrzyni czy Dwadzieścia cztery kosy, w której głównym dowodem w ujęciu mordercy okazały się... jeżyny! Również Sen to całkiem dobra intryga, aczkolwiek tu morderca okazał się trochę gapowaty, trochę to było od początku zbyt... przewidywalne. 

Za to Zbrodnia na festynie trafia do moich ulubionych książek Christie, naprawdę bardzo mi się podobała cała ta intryga, otoczka, a na końcu rozwiązanie sprawy (schemat Christie wciąż działa, hihi). W skrócie chodzi o to, że Poirot dostaje tajemniczy telefon od zakręconej pani Oliver i natychmiast rusza do domu państwa Stubbsów, gdzie okazuje się, że cała ta mroczna otoczka dotyczy... podejrzeń i niepokojących odczuć pisarki. Po krótkiej chwili złości i niedowierzania Poirot postanawia rozejrzeć się, poznać członków rodziny i ich gości oraz rozwiać niepokoje swej znajomej. Nie ma zresztą wyjścia, gdyż przyznano mu szczytną rolę wręczenia nagród temu, kto odgadnie wymyśloną przez panią Oliver zagadkę w zabawie detektywistycznej, która ma uatrakcyjnić organizowany przez gospodarzy festyn. Zabawa kończy się jednak tragedią, a Marlene grająca ofiarę staje się nią naprawdę...